poniedziałek, 19 września 2016

Część pierwsza : "Zamieszanie, pakowanie, upychanie i dźwiganie."



Nigdy nie byłam mistrzem planowania. Nie potrafię robić niczego systematycznie czy zgodnie z wcześniejszym założeniem. Nawet jeśli stworzę jakiś plan, zazwyczaj coś (mała, z pozoru nieważna rzecz) potrafi go zburzyć. Już dawno straciłam nadzieję na poukładane życie, dlatego mój każdy dzień jest wielką niewiadomą. Jestem zwolenniczką spontanicznych spotkań i wyjść z przyjaciółmi czy rodziną. Tylko że...
No właśnie, "tylko". Kiedy odkładasz spakowanie walizki i torby, do których musisz zmieścić rzeczy na dziesięć miesięcy (i, na domiar złego, mają ważyć maksymalnie 23 kg i 8kg), na ostatnie trzy dni nie może skończyć się to dobrze.  Słowami nie opiszę, jak bardzo wdzięczna jestem wynalazcy worków próżniowych i mojej mamie za pomoc. Gdyby nie one, prawdopodobnie nie zabrałabym części ubrań. 
Jedną z najważniejszych części mojego bagażu był prezent dla rodziny; litrowy słoik miodu, kilogram krówek, poduszka, trzy pluszowe słonie, kubek i brelok do kluczy. Miałam ochotę przyczepić do nich karteczkę "ZAKAZ WYJMOWANIA". 
Ponieważ nasza domowa waga lekko świruje, każdy worek, zeszyt czy but ważony był na małej, czerwonej, kuchennej wadze. Wyniki spisywane i dodawane. Wyższa matematyka, aż chciałoby się stwierdzić. Dobrze, że inny geniusz wpadł na pomysł stworzenia kalkulatora.
Nadszedł moment kulminacyjny: wielkie dodawanie. Razem z mamą wstrzymałyśmy oddech. 23,3 kg bagaż główny. 11 kg bagaż podręczny. Patrzymy na siebie. 
-"Najwyżej dopłacimy" - stwierdza mama.
Próbuję podnieść wszystko i przejść kawałek. W głowie rodzi się myśl, że cała ta wyprawa nie będzie lekka.